Potrzebuję spokoju.
Pod spokojem kryje się zdrowie. Jest też spełnienie. Może zawodowe, może osobiste, miłosne. Nie wiem. Szczęście też. Ale nie takie, że uśmiech nie schodzi z twarzy, tryskasz energią i w ogóle podnosisz wszystkich z upadku.
Szczęście, które w ten spokój płynnie przechodzi. Miesza się z nim i tworzy harmonię.

Czasy dojrzałości. Dorosłość. Koniec jednego z etapów. Niedługo początek kolejnego- długiego. Właściwie to najdłuższego.
Nie podoba mi się to w jaki sposób w to wchodzę.
Bagaż doświadczeń, które powinny mnie wzmocnić (tak przynajmniej mawiają) zamknął mnie w kokonie lęku, wycofania i kłębu myśli, które brudzą mi głowę.

Wydarzenia wokół- to wszystko przeraża. Nie dodaje otuchy. Nie dodaje nadziei. Musisz ją stale pielęgnować. Pilnować, zeby nie zgasła. Żeby nie zgasiło jej to całe zło wokół.

Pozwól mi odetchnąć. Potrzebuję ukojenia i chociaż chwilowego poczucia, że wszystko będzie dobrze.